Pojechała…

Droga do pracy już nie ma przede mną tajemnic, więc jechałem sobie na luzie. Zgodzę się, że robię różne dziwne rzeczy, niekiedy nawet nie do końca zgodne z ustawą Prawo o ruchu drogowym ale nie spodziewałem się, tego co się wydarzyło.

Dziś miałem ambitny plan – po pracy zakupy w markecie i wymiana mojego nowo nabytego dynama (trafiłem felerny egzemplarz, który po 30 kilometrach po prostu przestał świecić) w sklepie rowerowym na Lubelskiej. 

Tak więc od początku: jestem już za horrorystyczną przeprawą przez Sikorskiego/Dywizjonu i jadę sobie radośnie po Sikorskiego. Przy wyjeździe ze stacji paliw widzę blondynkę (jak się później okazało w jej przypadku to epitet o zabarwieniu pejoratywnym) w małym srebrnym samochodziku. Zatrzymała się pięknie przed przejściem dla pieszych w związku z czym jechałem dalej z normalną prędkością (wg Endomondo którym rejestruję każdy mój przejazd dojeżdżając do skrzyżowania miałem 21-17km/h). Gdy od miłej pani w srebrnym samochodziku dzieliło mnie już jedynie jakieś 5 góra 10 metrów pani nie upewniając się czy kogoś zamorduje, postanowiła ruszyć. Efekt był taki, że pomimo ściśniętych dźwigni obu hamulców nie wyhamowałem i uderzyłem w tą przemiłą Panią. Odbiłem się od niej i adrenalina zaburzyła mój proces myślowy na tyle, że nie pamiętam marki pojazdu, nie pamiętam kolejności  cyfr na rejestracji i stoję jak debil na środku przjezdu dla rowerów. Pani zatrzymała się na środku Sikorskiego i chwilkę postała, po czym udała się w dalszą drogę. Ja natomiast nie wiedziałem za co się zabrać – gonić ją nie ma po co, bo żyję i mam się świetnie. Po ruszeniu okazało się, że jest po co ją gonić – koło jak jajo, kierownica krzywa i ogólnie słabo działa ten rower. Moje kurpiowskie geny aż furczały z wściekłości, ale gonitwę olałem za radą pozostałych 75% leniwych genów – koło się przecież wycentruje szprychami a kierownicę nastawi.

Byłem tak zły, że pomyliłem cyferki w rejestracji i teraz już nie wiem jak to było. Dodatkowe emocje czekały mnie na Lubelskiej. Trafiłem na samego właściciela który był niezwykle pomocny i druzgocąco zastrzelił mnie rozmiarem dokonanych zniszczeń. Koło do wymiany, bo zgięcie za duże na scentrowanie, widelec wygięty – do wymiany, kierownica wygięta i jeszcze coś tam coś tam… Generalnie same części to ponad 1/10 mojego planowego budżetu na zakup używanego holendra – a przecież do tego jeszcze robocizna. Na szczęście dysponując jeszcze jednym rowerem po prostu spisuję miejskiego Granda na straty. Służył mi wiernie wiele dni ale jego siermiężność nie jest warta tej ceny – zwłaszcza w kontekście planowanej inwestycji.

Zły jestem jak osa ale mam nauczkę na przyszłość:

  1. Na drodze nie mogę zakładać, że inni mają mózgi
  2. Jak jakiś nie posiadający mózgu osobnik wejdzie w interakcję inną niż werbalna ze mną, należy przede wszystkim zapamiętać tablice rejestracyjne…
Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: